szkolę się od czasu do czasu - firma mi to umożliwia za pieniądze z unii. czuję się bardziej europejska z tego powodu. i dumna też. w ogóle fajnie mi z tym, bo generalnie wielu rzeczy można się dowiedzieć, a jak to kiedyś stwierdził mój osobisty husband - jedyne hobby, jakiemu jestem wierna, to nauka. więc chłopak się cieszy, że teraz unia płaci, bo do tej pory musiał on ;-)
szkoleń było już wiele, nie mam zamiaru rozpisywać się o wszystkich, ale jakby ktoś życzył cv, to why not ;-)
ostatnie z cudownej serii dotyczyło pisania i promowania bloga w sieci. mam tu coś na kształt, a poza tym wciąż żywię nadzieję na relaunch wirtualnego oblicza pisma, w którym pracuję, więc zgłosiłam się na owo szkolenie. pan prowadził je bardzo kulturalny, atmosfera przyjemna, ale obraz roztoczył się przede mną złowieszczy... otóż wg pana należy mieć w sieci tyle bytów, ile się da, potem je wszystkie do siebie zlinkować i czekać, aż życie nabierze blasków. to bardzo krótkie resume, bo omawialiśmy wszystko przez dwa dni...