|
To miał być krótki wyjazd. Jakieś dwa, trzy dni maksymalnie. Z kilku powodów nie bardzo miałam ochotę jechać, jednak tego wymagała ode mnie firma. Takie szkolenie, podczas którego niewiele się dzieje, ale dobrze wygląda w c.v. Zamieszkałam w małym hotelu w Lauterbach.
Zameldowałam się w recepcji. Dostałam klucz i poszłam do pokoju na drugim piętrze. Szerokie łóżko, stolik, krzesło, notes z nazwą hotelu, i mało wygodna łazienka powiedziały do mnie: świat jest wszędzie taki sam, moja droga, więc nie oczekuj zbyt wiele.
* * *
Znów stanęłam przy oknie. Miałam nadzieję, że mała dziewczynka mieszkająca naprzeciwko zacznie tańczyć. Była jak balsam dla mojego serca. Razem z nią podnosiłam lekko ręce i nogę. Razem z nią pochylałam się delikatnie do przodu i starałam utrzymać równowagę. Ile mogła mieć lat? Może dwanaście. Była drobniutka. Z wielkim namaszczeniem zakładała spódniczkę i wiązała baletki. Starsza pani upinała w kok jej długie, rude włosy. Starsza pani znikała i dziewczynka sama zostawała w pokoju, w którym było tylko lustro i drążek do ćwiczeń. Przynajmniej tak myślałam, bo nic więcej nie widziałam z okna. Nie mogłam przestać na nią patrzeć. Choć stałam, to miałam wrażenie, że razem z nią unosiłam się w powietrzu. Tylko parę centymetrów nad ziemią, a świat był niegroźny. Nic nie mogło się nam stać. Mnie i mojej baletnicy z domu po drugiej stronie ulicy.
* * * „Będę za Tobą tęsknić” - pomyślałam stojąc w oknie. Jutro miałam wyjechać. Patrzyłam na nią, chcąc zapamiętać jak najwięcej. Każdy szczegół w jej tańcu był tak niesamowity, że zapominałam o rzeczywistości. Świat był dla mnie tym, co zobaczyłam w oknie naprzeciwko. Choć może to wcale nie było okno. Tylko lustro magiczne, w którym ujrzałam trochę piękna. Zwykłego, a jednak w swej zwykłości niezwykłego. Piękna, które pozwala zaświecić słońcu, gdy niebo jest pełne chmur...
Powinnam się pakować, stałam jednak dalej jak zaczarowana. Cieszyłam się z chwili nadziei, która we mnie zaiskrzyła, i byłam smutna, bo nie mogłam z niej ulepić wieczności.
* * *
Wstałam wcześnie. Szybko zjawiłam się przy recepcji. Postanowiłam zrezygnować ze śniadania i czas, który pozostał mi do wyjazdu na lotnisko poświęcić na ostatni spacer po okolicy. Dzień budził się leniwie. Ktoś szedł chodnikiem. Stanęłam przed domem naprzeciwko. Sięgnęłam ręką do dzwonka i nim zrozumiałam, co właściwie robię, już go nacisnęłam. Drzwi otworzyła mi znajoma starsza pani, która upinała długie, rude włosy dziewczynki w piękny kok. Uśmiechnęła się. - Tak, słucham. Wymamrotałam coś pod nosem, sama nie wiedziałam, co. - Czy pani kogoś szuka? -zapytała spokojnie. - Ja, ja... Ja tylko chciałam zapytać o dziewczynkę, która tu mieszka. Ona tak pięknie tańczy. - Tak, Bianka pięknie to robi... - Czy może mi pani powiedzieć, co to za melodia? Ta, do której ona tańczy, bo widzi pani, ja dziś wyjeżdżam i... - Ona nie tańczy do melodii. - Nie do melodii...? - Nie. - Szkoda, chciałam tę melodię ze sobą zabrać. Ja bardzo... - Bianka nie słyszy. Jeśli tańczy do jakiejś melodii, to ma ją tylko w sercu. Życzę szczęśliwej podróży. Zamknęła drzwi. Stałam tam jeszcze chwilę. A może wieczność. Nie wiem.
|