|
„to jest francuski film - ludzie się w nim mijają”
Jest wczesna jesień. W dużym mieście. Samochody i autobusy spieszą się w sobie tylko znanym celu. Duża ulica. Po dwa pasy w każdą stronę. Pełne tych samochodów i autobusów. Tylko tramwaje jadą. One są na swój sposób wolne w dużym mieście. Choć mają mniejszą swobodę od samochodów i autobusów, to jednak wolne.
No tak. Mamy to miasto. Trochę ogrzane, trochę w pośpiechu. To przecież wczesna jesień.
Ujęcie... Plener. Ulica w dużym mieście. Zatłoczona. Jesienne popołudnie.
Autobus. Niskopodłogowy. Zaraz z przodu siedzi ONA. Na pojedyńczym siedzieniu w kierunku jazdy. To niby nie ma znaczenia, ale musimy coś z nią zrobić, więc niech siedzi. Przodem do kierunku jazdy. Ma torbę i siatkę. Położyła to na siedzeniu przed sobą. Może tak zrobić, bo gdyby siedziała tam jakaś osoba, to byłaby tyłem do kierunku ruchu. No więc ona położyła tę swoją torbę, siatkę. Jedzie. Widzimy ją przez szybę. Z chodnika. Czasem tak idziesz i kogoś zauważasz. W autobusie. Tak właśnie zauważamy ją. Na krótko. Autobus rusza z przystanku - to dobry moment, by kogoś zauważyć. Ona sięga do torby, wyjmuje telefon i zaczyna rozmawiać. Tracimy ją z oczu. Bo tak to bywa. Autobus odjeżdża z przystanku i już nie widać tego kogoś, kogo zauważyliśmy. Ona tak właśnie znika.
Zniknęła... Wróć! Nie może zniknąć - to nasza bohaterka...
Zmieniamy plan... Wnętrze autobusu w dużym mieście. Wczesna jesień. Popołudnie.
Ona siedzi na siedzeniu przodem do kierunku jazdy. Autobus jest jeszcze na przystanku. Wsiadamy. Zatrzymujemy się za nią. Dzwoni telefon. Wiemy o tym, bo wyjmuje go z torebki i przykłada do ucha. Rozmawia. Najpierw spokojnie, a potem jest coraz bardziej ożywiona. To dość długi przystanek. A może to znów ten brak wolności samochodów i autobusów. Ile czasu jedzie się tu, gdy nie ma korka? Trzeba się tego dowiedzieć. A ona dalej rozmawia. Uśmiecha się. Poważnieje. Opiera głowę o szybę. Ma na sobie szarą bluzę z kołnierzykiem. Taką luźną. Opaskę na włosach zrobioną z chustki bandamki. Granatowej. Jeansy. Też granatowe. Butów nie widać. Stoimy przecież za nią, a ona jest przodem do kierunku jazdy. Autobus dojeżdża do kolejnego przystanku. Ona rozmawia. Jest niespokojna. Wkłada do siatki zieloną wiatrówkę, która leżała na siedzeniu. No tak. Nie pisaliśmy o niej. Nie było jej widać z chodnika. Tylko torbę i siatkę. Wiatrówka jest więc ciemnozielona. Ma kaptur chowany w kołnierzu. I wyhaftowany napis Colgate. Ale to nie ma znaczenia. To zawsze można zmienić. Takiej pewnie nie mają w magazynie. To nic.
Włożyła kurtkę do siatki. Jakby miała zamiar wysiąść. Powoli podnosi się z siedzenia. Tyle tylko, że tak naprawdę się nie podnosi. Ale to czuć, że brakuje jej bardzo mało, by wstać. Autobus wciąż stoi na tym przystanku. To jest dość charakterystyczne miejsce w dużym mieście. Od razu wiadomo, że to jest właśnie to miasto. Zresztą nie będzie problemu, by tu urządzić plan. To już się zdarzało. W końcu ona jednak opada na siedzenie. Jakby wcale się nie ruszyła. Jednak to jest wyczuwalne, że zrezygnowała. Autobus odjeżdża. Ona rozmawia. Znów tak spokojnie. Ale tylko przez chwilę. Wyciąga notes z torby i coś zapisuje. Musi się przy tym odkręcić, więc widać buty - też granatowe.
Zapisała.
Czas na punkt zwrotny - więc jest.
Kolejne ujęcie... Plener. Duże miasto. Popołudnie. Przystanek autobusowy.
Ona wysiada. Szybko. Zdecydowanie. Biegnie. Czy kamera widzi jej twarz? Tak! Widzi! Pełną napięcia? Złą? Radosną? Nie... To twarz osoby, która wie, że traci. Tak czasem jest. Tracimy i to widać na naszych twarzach. Na jej twarzy też. Nadal biegnie. Wpada do podziemia. Nie bacząc na ludzi. Biegnie na przystanek tramwajowy. Tu szybko i zdecydowanie wsiada. Tramwaj jedzie. Tak - jedzie. Bo tramwaje są wolne w dużych miastach. Tyle, że ona nie wygląda na taką, co tę wolność rozumie w tej chwili. Przechodzi do drzwi najbliższych przejścia, którym musi pobiec dalej. Planuje. Wysiada. Biegnie.
Zmiana planu... To budynek. Duży. Tak - duży dworzec. Pełen ludzi. Popołudnie. W dużym mieście z wolnymi tramwajami.
Ona biegnie. Wróć! Trzeba ten budynek pokazać wcześniej. Taki świat równoległy. Dwa światy.
Ona - autobus. ON - ten dworzec. Czas rzeczywisty, choć nie... To znaczy wciąż to popołudnie. Duże miasto. Ogrzane i w pośpiechu.
Rozmawiają.
Ona w autobusie. Niskopodłogowym. Średniozatłoczonym. Nawet pustawym jak na tę porę dnia. W szarej bluzie z kołnierzykiem, takiej przydużej. W granatowych jeansach i butach. Z opaską, też granatową, na głowie. Torba, siatka, wiatrówka. Z siatki wystają gazety. Telefon przy uchu.
On na dworcu. Dużym. Pełnym ludzi. Tu w ciągu dnia zawsze tłok. W dobrze skrojonym garniturze, dobrze dobranej koszuli, odpowiednim krawacie. Butów nie widać. W końcu jest tłum. Ale ma torbę. I telefon przy uchu.
Rozmawiają.
Pani w kasie biletowej pyta kogoś o legitymację. Turek serwuje kolejny kebab. Facet, który ma niedaleko stoisko z torbami, próbuje namówić klientkę. Ktoś kupuje gazety, ale nie ma drobnych. Kwiaciarka narzeka, że dziś nie ma zarobku. I kłamie. On przecież kupił kwiaty. Ale widocznie kwiaciarka lubi narzekać.
On chowa telefon. Idzie na peron. Zapowiadają pociąg, w którym musi się znaleźć.
Cięcie... Przystanek tramwajowy. Ona wsiada. Ale mimo, że zdążyła, jest niespokojna. To widać na twarzy. Na twarzy, która zdradza, że ona coś traci.
Wróć! Może pokażmy ją od momentu, jak już wysiądzie z tego tramwaju. Ze sprzeczności jaką jest ten cholerny tramwaj, wolny na dwa sposoby!
Raz jeszcze... Przystanek w dużym mieście. Wczesna jesień. Popołudnie. Ona wysiada. Biegnie. Szybko i precyzyjnie. Schody. Zakręt. Kawałek prostej. Znów schody. Tablica odjazdów. Zakręt. Kawałek prostej. Znów zakręt. Schody. Kawałek prostej. Schody. Ruchome. Peron...
Stop!
Zbliżenie... Jej twarz. Szybko! Co ona czuje? Radość? Lęk? Ona traci? Ona NIE WIE! Przecież on nie chciał...
A więc...
Kawałek prostej... Chwila wahania... Schody na peron...
Pociąg... odjeżdża!
Ona stoi. Macha. Nie tyle ręką, co całą sobą. Czy można komuś machać na pożegnanie sercem? Można... Ona tak właśnie macha. Wyjmuje telefon i pisze.
Pociąg znika. Ona odchodzi. Straciła. Ona już to wie.
Rusza tą prostą, którą przybiegła. Nie - to przecież zły kierunek. Zawraca. Dzwoni telefon. Zatrzymuje się przed witryną z książkami. Rozmawia.
Wiesz, jak wygląda człowiek, który traci? Ona tak wygląda.
Na wystawie jest książka. Jej ulubiona postać z kreskówek. Uśmiecha się lekko. Mogłaby ją kupić. Ale nie może przeczytać nawet tytułu... Płacze... Nie wchodzi do księgarni. Nie potrzebujemy teraz jakiegoś rozproszenia.
Musi odejść od tej wystawy. Bo każde wraca tam, gdzie zawsze było. Oddalają się od siebie znów. Pociąg zniknął w tunelu. Ona w tłumie.
Książka na wystawie. To w gruncie rzeczy dobre przejście do następnej sceny.
Kolejny plan... Duży dworzec w dużym mieście. Wczesna jesień. Popołudnie. Ale tu widać to tylko po ubraniach ludzi. Przechowalnia bagażu.
Ona idzie. Szuka czegoś. Odpowiedniej szafki. Rząd 8. Numer 13. W ręku ma notes, w którym pisała w autobusie. Wystukuje na klawiaturze. 365394. Ogląda się wokół, jakby była złodziejką. Ale nie jest. Tyle tylko, że to francuski film... Więc tak właśnie wygląda. Skrytka się otwiera.
Pani w kasie biletowej pyta kogoś o legitymację. Turek serwuje kolejny kebab. Facet, który ma niedaleko stoisko z torbami, próbuje namówić już inną klientkę, ale wciąż na tę samą torebkę. Ktoś kupuje gazety, jednak nie potrzeba już drobnych. Kwiaciarka narzeka, że dziś nie ma zarobku. Wciąż kłamie. Ktoś kupował przecież u niej kwiaty...
Ona już odeszła...
Kawałek prostej... Schody... Znów kawałek prostej... Zakręt... Schody... Prosta... Zakręt... Schody... Przystanek...
Autobusowy. W dużym mieście. Trochę ogrzanym, trochę w pośpiechu. Gdzie wolne są tramwaje.
Stop!
Ona już tu była! Może gdyby wtedy coś udało się zmienić?
Może tak...
Plener. Duże miasto. Zatłoczona ulica. Popołudnie. Autobus niskopodłogowy.
Ona na siedzieniu przodem do kierunku jazdy. Przed nią torba, siatka i zielona wiatrówka.
Ona siedzi. Patrzy. Dzwoni telefon.
Rozlega się „Bolero” Ravela. Jej ulubiony francuski utwór klasyczny. |