szkolę się od czasu do czasu - firma mi to umożliwia za pieniądze z unii. czuję się bardziej europejska z tego powodu. i dumna też. w ogóle fajnie mi z tym, bo generalnie wielu rzeczy można się dowiedzieć, a jak to kiedyś stwierdził mój osobisty husband - jedyne hobby, jakiemu jestem wierna, to nauka. więc chłopak się cieszy, że teraz unia płaci, bo do tej pory musiał on ;-)
szkoleń było już wiele, nie mam zamiaru rozpisywać się o wszystkich, ale jakby ktoś życzył cv, to why not ;-)
ostatnie z cudownej serii dotyczyło pisania i promowania bloga w sieci. mam tu coś na kształt, a poza tym wciąż żywię nadzieję na relaunch wirtualnego oblicza pisma, w którym pracuję, więc zgłosiłam się na owo szkolenie. pan prowadził je bardzo kulturalny, atmosfera przyjemna, ale obraz roztoczył się przede mną złowieszczy... otóż wg pana należy mieć w sieci tyle bytów, ile się da, potem je wszystkie do siebie zlinkować i czekać, aż życie nabierze blasków. to bardzo krótkie resume, bo omawialiśmy wszystko przez dwa dni...
integralnym elementem owego szkolenia było zakładanie sobie wielu kont na dziwnych stronach, czyli zostawianie po sobie pierdolnika w sieci, czego osobiście nie cierpię i stan ten nie zmieni się u mnie na pewno. pan jednak mnie do tego zmuszał, odpowiadając cierpliwie za każdym razem na moje pytanie, czy proces jest odwracalny. może wydaje się to jasne jak słońce, ale nie jest. szczególnie na dziwnych serwisach rodem z usa, na które niefortunnie ktoś mnie zaprosił, a ja zapisałam się równie niefortunnie, nie sprawdziwszy przedtem, czy konto da się zlikwidować jednym kliknięciem, podnosząc tym samym poziom mojej wirtualnej frustracji, która pozostawała nie bez znaczenia dla realu, otóż kurwiłam pod nosem, ile się dało.
pan bardzo zachęcał do sporządzenia sobie kalendarza wypuszczania notek na światło wirtuala - najlepiej jak najczęściej, o stałych porach, ale nie po 18, ani przed 8 rano, a tym bardziej w sobotę, bo w sobotę, to... - uff! terminarz dobrze opracować z wyprzedzeniem, jak i tematykę, oraz ewentualne odchyły też przewidzieć, mieć notki na okoliczność i na czas nudy totalnej... kalendarz może być całkiem papierowy, każda metoda jest dobra. rozbolała mnie głowa...
ja używam kalendarza google, jest więc jakaś nadzieja, że system wyśle mi maila, że mam zamieścić notkę, napisaną dwa tygodnie temu na wypadek, gdybym nie miała o czym pisać, a i natchnienie spieprzyło razem z zapachem rosołu czy pomidorówki. sytuacje bywają nieprzewidziane, uwierzcie.
byłam cierpliwa do momentu poruszenia tematu mikroblogów. lud pisać nie lubi. czytać też nie. dostał więc narzędzie w postaci 140/160 znaków, by opowiedzieć o wszystkim, co go dotyczy. w końcu tyle lat ćwiczyliśmy się w pisaniu esemesów, że każdy jest już mistrzem! lud szaleje na twitterze, blipie, śledziku... na szkoleniu przypadł mi flaker. nazwa fajna, bo z wypruwaniem mi się kojarzy - cudnie i to w samo południe przyszło mi się zarejestrować, co uczyniłam, zapytawszy uprzednio, czy konto da się zlikwidować 'baj łan klik'. da się.
nawet przez krótką chwilę postanowiłam na tym flakerze zostać, choć brzydkie to i nieintuicyjne, ale podobno światłe umysły tak piszą same mądrości w niecałym dwustu znakach - znaczy się warto. niestety wklejkę na stronę mają paskudną i nic nie da się z nią zrobić. po paru próbach kolorystycznych doszłam do wniosku, że nie jest aż tak warto. użyłam opcji 'baj łan klik' i poszłam stamtąd z nieukrywaną radochą niepozostawienia po sobie żadnego śmiecia.
pan na szkoleniu nie pokazał spinacza. sama go znalazłam w wyszukiwarce i zapytałam od razu, bo właściwie dlaczego nie - pan jest szkoleniowiec, pan musi wiedzieć. wiedział niewiele. rzekł sam, że nawet nic. a potem okazało się, że konto tam ma. i tak to jest, moi kochani, człek ma tyle bytów, że ich nie ogarnia. a ja lubię mieć coś pod kontrolą, choćby moje wirtualne klony.
bo to właśnie klony są. let's imagine. piszesz notkę na bloga o 9 rano w poniedziałek, ale w niedzielę o 18 powinieneś na mikroblogu dać info, że notka będzie rano na blogu, żeby lud czekał, co tam wysmarzysz. potem zlinkuj to koniecznie na netvibes.com, a raczej w publicznej jego części, bo lud musi coś na rss dostać i mieć świadomość, żeś nie umarł wirtualnie. jak ci to ktoś skomentuje [na jego nieszczęście, albo Twoje - to zależy od obranej drogi], to zrób z tego wpis na każdym z możliwych mikro- i makroblogów - dasz ludowi dowód, że się z jego zdaniem liczysz. potem zacytuj kogoś mądrego, linkując do źródła, znaczy się inteligenty i uczciwy jesteś człowiek. potem zrób z tego miks i podrzuć kumplowi, który też bloguje, będzie ci wdzięczny, bo ma gotowy materiał i jego również ominie wirtualny niebyt...
chciałabym krzyknąć: kurwa! pojebało was!
ale nie krzyknę, bo mnie jeszcze ktoś zacytuje i zlinkuje.
ps. konto na spinaczu zostawiłam, może kiedyś mi się przyda! howgh! :D |